Nowy rok, nowe perspektywy - małe zmiany :-) cz.2 "Rozdawajka"

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Korzystając z okazji, że Robulek śpi, naskrobię drugą część posta :-)

Wraz ze zmianami wyglądu bloga, mamy nadzieję na dalsze zmiany, a w sumie to na rozwój naszych małych talentów :-)
Oczywiście nowy wygląd jest jeszcze w dalszym ciągu w przygotowaniu, więc prosimy o wyrozumiałość :-)
Mi osobiście marzy się w tym roku jakiś kursik z deco, jeszcze nie wiem dokładnie w jakim kierunku, ale mysle, że jak tylko Młody pozwoli to zacznę robić coraz więcej rzeczy i wtedy podejmę decyzję, co tak najbardziej muszę podszkolić :-)

Zacznijmy ten Nowy Rok od samych przyjemności :-)
Tak więc postanowiłyśmy z Paulą ogłosić mały konkursik - rozdawajkę :-)

A oto zasady akcji i to co musicie zrobić, żeby wziąć w nim udział :-)
1. Konkurs organizujemy na tym blogu (dla przypomnienia http://male-conieco.blogspot.com/) :-)
2. Dołącz do naszego bloga i zostań jego członkiem,
3. Napisz w komentarzu tego posta co Twoim zdaniem możemy ulepszyć na blogu :-)
4. Dzisięć pierwszych osób, które spełnią powyższe warunki, otrzyma od nas "Walentynkowe serducho dekupażowe", które będzie doskonałym dodatkiem do prezentu lub bukietu walentynkowego.
5. Bawimy się do 5 lutego 2015 roku :-)
No to do dzieła :-)

Nowy rok, nowe perspektywy - małe zmiany :-) cz.1 "Podsumowanie"

Wraz z Nowym rokiem człowiek ma nowe oczekwiania, nadzieje, baaaa a czasem nawet postanowienia :-)

Jak już zauważyliście, zmienił się wygląd bloga. Paula zabrała się za jego modernizację przy pomocy Sroki. I pewnie gdyby nie to, to dalej bym nic nie robiła w moim decoupażowym świecie. No ale jak kop to kop i trzeba zabrać się do roboty :-)
Na początek miałam wybrać zdjęcie na bloga...ojjjj matko to dopiero wyzwanie. Zabrałam sie za przegląd zdjęć i co?? nie, nie to, że uważam, że nie mam żadnego, bo mam ich full, ale żadnego stosownego do publikacji :-) Tak więc Paula wybrała za mnie, nasze wspólne zdjęcie i uważam o za super pomysł :-)

Przeglądając zdjęcia odkryłam, że nie mam większości zdjęc moich deco prac... Jakim cudem tak się stało, niewiadomo... chyba zostały na starym zepsutym kompie i będę musiała ładnie prosić męża, żeby mi je odzyskał :-)
Jednak przy przeglądaniu tych zdjęć zrobiłam sobie w głowie małe podsumowanie. I tak doszłam do wniosku, że  wiele prac spędzało mi sen z powiek. Pamiętam jak nie spałam do późnych godzin porannych i kombinowałam jak to ugryźć, żeby miało rece i nogi.
Największą taką "zmorą" były robione na "zamówienie" segregatory z motywem obrazów Klimta... o losie... dziś oczywiście, zrobiłabym je inaczej, no ale tak to już jest :-)
 Mam nadzieję, że ich aktualna właścicielka do dziś się nimi cieszy :-)

A tak wyglądały moje pierwsze próby z motywami afrykańskimi :-) oczywiście dziś już wiem jak sobie ułatwić sprawę, ale wtedy było ciężko :-)
Tak, lubię robić chusteczniki :-)


Nie wiem, czemu ale myśląc o tym, że mam zrobić zegar do dziś przechodzą mi ciarki. Jakoś opornie idzie mi przyklejanie tarcz. Jak narazie nie wyobrażam sobie, że mogabym przyklejać same cyferki :-)
To pierwszy zegar jaki zrobiłam. Bardzo się przy nim napociłam ponieważ był robiony dla bardzo wyjątkowych ludzi :-)

No i jedna z moich o"ostatnich" prac, jeszcze chyba z czasów gdy byłam w ciąży. Motyw wszystkim bardzo znany i często wykorzystywany.

Pewnie jeszcze troszkę prac by się znalazło, takich co to się człowiek napocił przy ich robieniu, jednak jak brak zdjęć to i cięzko sobie przypomnieć :-) Może jak już wyproszę odzyskanie ich to się pochwalę :-)
To tyle z podsumowania :-)

Choroba zwana tipi

piątek, 16 stycznia 2015

Nie raz przeglądając internety, tęsknie spoglądałam na piękne tipi. Nie raz podziwiałam mamy, które same takie piękne namioty szyły. I co? I my też mamy tipi!

Nie ukrywam, że swoją pracę zaczęłam od poszukania wskazówek, jak zabrać się do uszycia tego ustrojstwa. Bo w końcu dla kogoś, kto dopiero nie dawno zaprzyjaźnił się z maszyną do szycia jest to dość spore wyzwanie. 
Tutoriali znalazłam sporo. Jedne mniej inne bardziej dokładne, ale dla siebie znalazłam najlepszy tu. Magdiczka szczegółowo opisała, krok po kroku, wykonanie namiotu. Co więcej, przełożyła to na chłopski rozum. A więc idealnie na mój ;)

Najbardziej praco- i czasochłonne okazało się odrysowywanie szablonu a także wycinanie poszczególnych elementów. Problemem także okazało się znalezienie odpowiednich kijków. Ostatecznie mamy takie wycięte w kant zamiast okrągłych. Nie jest to najlepszy pomysł, jednak tymczasowo spełniają swoją rolę. Jak tylko znajdę odpowiednie, na pewno wymienię. 

Ostatecznie nasze tipi powstało w sumie w około 2 dni. Początkowo robiłam wykroje po godzinę, dwie dziennie, jednak wkurzona takim trybem pracy zasiadłam stanowczo do projektu. Ostatecznie spędziłam na nim jeden cały długi wieczór i jeden cały dzień.

A o to efekty:



Szycie takiego tipi na początek to niezły trening umiejętności i cierpliwości. Na szczęście udało mi się go przejść bez większego uszczerbku na zdrowiu... ;) 

Spódnica ze spodni

czwartek, 11 grudnia 2014

Maszyna z serwisu wróciła. W zastraszająco szybkim tempie, bo wysłana w poniedziałek wróciła w czwartek. Co prawda, trzeba było ją podkręcić, bo źle była skręcona obudowa, ale na szczęście mąż dał radę. A ja przez ten czas ruszyłam do walki z opornym materiałem. Dlaczego z opornym?

Materiał pierwotny pochodzi ze spodni dresowych znalezionych w sklepie z odzieżą używaną. Jak tylko na nie spojrzałam, oczyma wyobraźni widziałam z nich fantastyczną, moją wymarzoną spódnice dresową.

Oczywiście, wykonanie nie było tak proste, jak sugerowała wyobraźnia i długo walczyłam z opornym tyłem. Spódnica ma wiele niedociągnięć które - mam nadzieję - widzę tylko ja. 
Nie powiem, że nie będę jej nosić, ale w wyobraźni już szyję podobną od podstaw.... ;)

Oto spódnica dresowa za 16 zł :) 



Czy to co szyję ,da się nosić? ;]

poniedziałek, 20 października 2014

Co może powstać z dwóch spódnic z lumpeksu (łączny koszt 13 zł), weny, steku przekleństw i równie wielu wątpliwości?

Może powstać spódnica jedna, długa i nawet, nawet całkiem fajna - przynajmniej mi się podoba, i jestem cholernie z niej dumna. Bo to moja pierwsza, własnoręcznie zszyta - co by nie powiedzieć że uszyta ;)

Oto foto-relacja z mojej walki w pocie czoła :) 
Skąd w ogóle pomysł? Długą spódnice kupiłam na allegro, za jakieś gorsze. Bardzo mi się podobała, ale niestety okazała się... krótka. 


Niewiele myśląc, wybrałam się do lumpka, i poszukałam krótkiej dżinsowej spódnicy. Kryteria wyboru: długość taka, jakiej nigdy bym nie założyła. Oto ona:


Oczywiście w głowie wszystko ułożyło się gładko, szyło się prosto... w praktyce, cóż namęczyłam się i coś co wydawało się pracą na pół godziny (no, dobrze... może godzinę) okazało się robotą na dwie i pół (łącznie z pruciem, bo walnęłam się przy wyborze ściegu). 




Na Instagramie pytałam, czy to co szyję, da się nosić. Odpowiedź brzmi da się! ;) 


Oczywiście, z małymi zastrzeżeniami: najpierw wyciągnij szpilki, bo wbiją ci się w siedzenie, a potem... skróć spódnicę, bo zgubisz jedynki ! ;) 

Twórczy nawał :-)))

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Siedzę i patrzę jak to syn śpi i modlę się, żeby pospał jeszcze chociaż z 10 minut, tak żeby złapać oddech i pomarzyć, co by tu można było zrobić :-) może jakaś skrzyneczka, a może chustecznik...